ty
Świadectwo Edyty
A ON rzekł – ‘Pójdź za mną!’
Jakże ciężko jest napisać świadectwo swojego życia, świadectwo tego jak
Bóg przez codzienność przemawia do człowieka. Niekiedy wystarczy
jeden gest, niekiedy jedno zdanie drugiego człowieka, by coś na nowo
pękło, by zasiane w nas ziarenko zaczęło powoli rosnąć, dojrzewać i
wydawać owoce...
Dnia 08. września przyszłam na świat w godzinach
wieczornych (przypuszczam, że niektórzy z Was spali o tej porze
słodko, bo było już po 22). Dzień dla większości zwykły i normalny, dla
mnie nastał wtedy czas walki o przetrwanie, gdyż (jak wspomina moja
mama) urodziłam się czarna na twarzy – lekarze stwierdzili wtedy
zgon. No i zaczęła się walka o moje życie. Dziś wiem, że Maryja
trzymała mnie wtedy pod płaszczem, to Ona mnie chroniła. Jako niemowlak
nie wiedziałam o tym, teraz wiem. W październiku rodzice zanieśli mnie
do Pana Jezusa aby mnie ochrzcić. I tak sobie rosłam, poznawałam życie
najpierw przedszkolne, szkolne, teraz już studenckie. Do przedszkola
trafiłam jako 3-latek. Ponoć byłam grzeczna. Rodzice, a w
szczególności mama wlewała we mnie miłość, chęć niesienia
pomocy, wrażliwość itd.
Jako 7-latek zostałam dopuszczona do
I-wszej Komunii św. Bardzo się cieszyłam z tego powodu, że teraz
zamiast krzyżyków na czoło, będzie Pan Jezus przychodził do
mojego wnętrza. Często przychodziłam do kościoła aby spotkać się z
Siostrami i Braćmi na Eucharystii (roraty, różaniec,
majówki, Msze szkolne itd.). I tak żyłam sobie powoli i
spokojnie. Jednak nastał taki rok, gdzie upadło prawie wszystko, upadła
wiara, powstały wątpliwości. Rok 1997. Już w lutym zmarł dziadek...
Mimo, że nie mieszkał blisko i w sąsiedniej miejscowości był dla mnie
dość bliski, bardzo go kochałam (nadal kocham wierząc, że jest blisko
Pana). „Jezu, dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego zabrałeś dziadka?
Co Ci zrobiłam!?” Ciągłe pytania, ale cóż miałam zrobić,
jak nikt nie dał mi wyczerpującej odpowiedzi, co tam naprawdę się stało
i dlaczego. Skończyło się gonienie co czwartek na Mszę szkolną,
skończyło się chodzenie na roraty itd. W sercu nastał ból i
pustka. Upadek, tak jak Jezus upadł pod ciężarem krzyża.
Chodziłam
w każdą niedzielę na Mszę świętą wraz z rodzicami. Chodziłam, lecz nie
widziałam w tym żadnego konkretnego sensu. Comiesięczna spowiedź to
było ‘nagranie na kasecie tych samych grzechów’. Nie
chciało mi się ‘wymyślać’ nowych. Nastało szukanie, nawet
nie przez modlitwę. Zajęłam się szkołą i nauką. Szukać i znaleźć. ON
ukrył się, tak to było celowe. Zdałam się na posłuszeństwo przykazaniom
i na posłuszeństwo rodzicom (też był bunt, ale ‘słaby’).
Szukałam i szukałam. BÓG nie raz wołał: ‘tutaj
jestem’. Ja – nie słyszałam. Taki stan serca, duszy i życia
utrzymywał się przez 2 lata, może nawet trochę więcej. W Piśmie świętym
znane są te słowa: „Szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a otworzą
wam...” Tak, to właśnie robiłam. SZUKAŁAM.
Niedzielna Msza
Święta polegała na odfajkowaniu czyli „zaliczyłam, bo
byłam”. Niedzielna Msza Święta polegała na siedzeniu bezczynnie
lub staniu przez około 60min., patrzeniu w sufit lub na lampy,
wybijaniu się z całości i wykonywaniu zawsze tych samych czynności w
odpowiednim momencie: siadaniu, wstawaniu, klęczeniu itd. Dwa lata
przeleciały bez codziennej rannej i wieczornej modlitwie. Bez radości
życia, ale po prostu na zastanawianiu się: po co jestem i do czego
zmierzam? Filozofia? Jak najbardziej (teraz ją mam na studiach).
Gimnazjum – idę na religię. Przeżywam szok i totalne załamanie:
„Jakim prawem religii będzie uczył ksiądz!?” Uznałam, że
będę dla niego niemiła, to mnie wyrzuci z religii i nie będę musiała
już więcej na nią przychodzić. Rozwiązywanie sznurówek,
chodzenie po klasie, przeszkadzanie mu (księdzu) w ten czy inny
sposób nie wypaliło. Ks. Krzysztof dzielnie się trzymał. Nie
krzyczał i zachowywał spokój. „Co w nim jest takiego, że
(aż głupio przyznać) coś mnie w nim ciągnęło, coś mi się w nim
podobało...” Chociaż w innych klasach się wydzierał i stawiał
kary aż do przesady wkręcając nawet panią dyrektor w tej jednej,
jedynej klasie – Ic zachował specyficzny spokój. Nie
rozumiałam tego. Zapragnęłam na swój sposób się mu bliżej
przyjrzeć, jego pracy i posłudze. Lekcje religii, to było za mało,
trzeba było udać się aż do kościoła. Przychodziłam w czwartki na
szkolną a w niedzielę podczas Mszy też solidnie go obserwowałam, a
szczególnie jego gesty. „Spokój, spokój i
jeszcze raz spokój jest w tym co wykonuje. Jak to możliwe? Jaka
jest przyczyna tego spokoju?” Dalej szukałam. Aż ...
Nadszedł
pewien piękny dzień – niedziela. Wtedy powędrowałam na Mszę
popołudniową, usiadłam w trzeciej ławeczce od przodu po lewej stronie.
Mszy przewodniczył ks. Krzysztof. Jak zawsze patrzyłam na niego i
próbując znaleźć to co jest tym spokojem. Nie słuchałam czytań,
ani śpiewanego psalmu, nie pamiętałam też co w Ewangelii było...,
kazania też nie pamiętam całego poza ostatnim i jedynym zdaniem.
Zdaniem, które wypowiedziane zostało w miarę mocno i grubo;
zdaniem silnym które zostało zakorzenione w moim sercu do dnia
dzisiejszego a brzmi ono: „Pójdź za mną!”
Wystraszyłam się, gdyż przez następne minuty i całą drogę do domu
zastanawiałam się czy to zdanie wypowiedział ów kapłan czy ktoś
inny. Mimo wszystko objęła mnie pewność co do życia zakonnego, gdyż
nawet po Mszy, gdy przyszłam do domu powiedziałam mamie: „idę do
zakonu. Będę zakonnicą a Ty albo urodzisz sobie kolejne dziecko, albo
zaadoptujesz”. To były mocne słowa i jak dobrze sobie zdałam
później sprawę – bardzo raniące (przecież moja mama już
nie może mieć dzieci). Mama uznała, że ten cały ksiądz katecheta wbił
mi coś do głowy i za bardzo się tym nie przejęła, ufając że to
mój taki sobie wybryk. Gdy chodziłam z mamą na Mszę niedzielną
lubiłam patrzeć na obraz Miłosiernego Pana Jezusa. Gdy tak się
wpatrywałam i myślałam o tym jaki ON jest piękny, na twarzy Jezusa
pojawiał się uśmiech. Pytałam mamę „czy widzi owy uśmiech i to,
że Jezus coś mówi, tylko że ja nie słyszę?” Moja mama
patrzyła na mnie jak na wariatkę. Już więcej nie zadałam jej tego
pytania. Zresztą sama uznałam sobie, że to moja wyobrażania i cały ten
klasztor to bajka, którą w ostatnich dniach, tygodniach sobie
wymyśliłam. Chodziłam nadal do kościoła. Dowiedziałam się, że ks.
Krzysztofa mają przenieść na inną parafię. Zamarłam. „Dlaczego?
Czy wypełnił tutaj swoje zadanie? Czy to ON postawił go na mojej
drodze, bym znalazła ‘COŚ’ cennego?”
Odszedł,
przenieśli go. Przyszedł nowy. Mogłam znów upaść ale... ten
‘nowy’ wprowadził oazę, która szybko się rozwinęła.
Adoracje, rozmyślanie nad różnymi tekstami czy fragmentem z
Pisma Świętego. Czas na wspólne wyjazdy, ogniska, zabawy, mecze,
kina itd. Ks. Darek posłał mnie też na rekolekcje oazy na 0st.
Pojechałam z moją koleżanką. Ksiądz nas tam zawiózł. Tam w
Juszczynie pierwszy raz spotkałam się z ‘żeńską formą
powołania’ czyli z zakonnicą... S.Maria, uśmiechnięta, pełna
życia i radości. I znów ten spokój, ten sam co u ks.
Krzysztofa. Nie rozumiałam tego spokoju, mimo że to była ‘Boża
wariatka’. Widziałam tylko jedno: „zakonnica to nie tylko
ta osoba co siedzi dzień i noc za murami klasztoru, z rękami złożonymi,
owinięty na nich różaniec i same ‘Ave Maria’ z ust
wychodzących. Są szorstkie, pełne surowości, milczące i najlepiej
trzymać się od nich z daleka.” Tu zrozumiałam, że to wcale nie
tak. Nie podeszłam nigdy do tej siostry, nie zamieniłam z nią ani
jednego słowa przez całe 17 dni. Obserwowałam ją i widziałam piękno
które z niej bije i które mnie pociągało. Wróciłam
do domu. Zapomniałam o zakonie, o takim życiu. Uciekałam. Uczyłam się
dalej i tak od tego momentu przeleciały 3 lata. Nastała II-ga
technikum. Ks. Darek wysłał mnie na kolejne rekolekcje (tzn. sama
chciałam).
Pojechałam do Radoczy. Tam dokonało się w ciągu jednego
dnia i jednej nocy więcej niż sumując całe moje życie. Spędziłam tam
wiele czasu na modlitwie (raz mnie szukali, bo tam byłam bardzo długo i
nie wróciłam przed 22 do pokoju). Byłam pewna, że te rekolekcje
pomogą mi cos odkryć i zrozumieć. I nie pomyliłam się. Był fajny dzień.
Rozpoczęliśmy go Eucharystią. Ksiądz zamiast mówionego kazania
zdjął szaty i położył na ołtarzu. Zasiadł między nami. Nastał śmiech i
chichot dziewczyn z powodu diakona, który próbował
zachować absolutną powagę podczas wykonywania tego samego gestu co
ksiądz. On też usiał między nami. Trwaliśmy... Dla nikogo ten znaczący
gest nie stał się tak oczywisty jak dla mnie. „Nie ma Jezusa, nie
ma Eucharystii, nie ma sensu życia, nie ma nic...” Powstała
walka, by owy kapłan ubrał się i poprowadził Eucharystię dalej.
Zastanawiałam się czy mam tam podejść i to powiedzieć, co mam zrobić?
Poczekałam jeszcze chwilę. Chciałam do niego iść lecz powstał kapłan i
‘ubrał’ się. Podszedł do ambonki i powiedział: „droga
Siostro, drogi Bracie a może właśnie to czeka na Ciebie?” Msza
potoczyła się dalej. Zamarłam stojąc i patrząc na twarz Jezusa,
która się ciepło uśmiechała. Uważając życie klasztorne za coś
strasznego, uznałam je za coś przyjemnego, za małą
‘nagrodę’. Nie jadłam nic w ten dzień. Nie dałam rady.
Następnego dnia powiedziałam Jezusowi: „FIAT, będzie Jezu tak jak
Ty zechcesz”. Od tej pory do dnia dzisiejszego ufam Mu. Wierzę w
Niego i pokładam w Nim wszystko co ode mnie pochodzi: radość smutek.
Wystarczył tylko taki mały gest, wystarczyły jedne słowa. Wystarczyły
świadectwo miłości drugiego człowieka. Dziękuję Panu, że otaczał mnie
wtedy ludźmi, którzy dawali namacalny i prawdziwy przykład
istnienia chociaż i ks. Krzysztof i S.Maria nie zdawają sobie z tego
sprawy. Nie wiedziałam, że Jezus będzie się o mnie tak starał, że w Nim
jest siła i moc i oparcie. Teraz wiem, że wszystko co się dzieje jest z
Niego i dla Niego.
Za to wszystko CHWAŁA PANU naszemu, który króluje na wieki!
Amen.
Edyta Barchańska l.20