CYTRYNOWY KANAREK
Pewnego razu cytrynowy KANAREK,
z którego biły radość, ciepło i optymizm opuścił bezpieczną
klatkę w domu pewnego lekarza po to, by odszukać wszystkie smutne
dzióbki i je rozweselić. Spotkał WRÓBELKA,
który zanosił się od płaczu. Podleciał do niego, zaśpiewał
radośnie swoją ukochaną melodię, a gdy zobaczył, że zamiast głośno
łkać ptaszek zaczął radośnie się śmiać, odfrunął w poszukiwaniu
kolejnych nieszczęśników. Nie minęła chwila, gdy na swej drodze
spotkał wychudzoną SIKORKĘ. Wykonał przed nią przepiękne akrobacje i także ją rozweselił. Następnie KOS zachwycił się jego tańcem, WRONA poprosiła by pogłaskał ją skrzydełkiem po brzuchu, a SROKA
nalegała, by pofruwał z nią i nie mówił nic. Dzielny ptaszek
oczywiście zgodził się natychmiast. I na tym dzióbku udało mu
się przywrócić radość i spokój. Przyszedł jednak taki
czas, kiedy KANAREK bardzo się zmęczył
pomaganiem. Usiadł wtedy na brzegu jeziora, pomoczył swoje słabe łapki
w mętnej wodzie i cichutko zapłakał. Pomimo że tak wiele stworzeń
wyleczył ze smutku, sam przestał odczuwać radość. I gdy tak sobie
siedział i rozmyślał, poczuł delikatną, ciepłą dłoń na swym osłabionym
skrzydełku. Odwrócił się zachwycony tym czułym uściskiem, by
zobaczyć, kto się nad nim pochylił, aby mu pomóc. To był mały MISIO o łagodnych, wilgotnych, jasnozielonych oczach, które patrzyły na niego z miłością i bezinteresowną serdecznością. KANAREK
poczuł się nieco lepiej, mógł znowu wstać i frunąć dalej, po to,
by nieść innym ukojenie. Chciał podziękować swemu pocieszycielowi, ale
gdy odwrócił się ponownie, jego już nie było. Usłyszał tylko
gdzieś głęboko, we wnętrzu swej duszy łagodne słowa: „Idź
dalej, moje dziecko. Jestem z ciebie bardzo dumny. A jeśli kiedyś
znowu poczujesz się źle, przyjdź nad to samo jezioro, a ja przyniosę ci
ukojenie.” KANAREK pomyślał sobie „Oczywiście, że otrzymam pocieszenie. Bo przecież PAN BÓG nigdy nikogo nie opuszcza w potrzebie.” I odfrunął po to, by szukać kolejnych, smutnych dzióbków, które miał za zadanie pocieszyć.