You are hereJak osiągnąć szczęście? / Janusz Korczak: Tata na medal - szczęście osiągamy dzięki innym
Janusz Korczak: Tata na medal - szczęście osiągamy dzięki innym
Janusz Korczak -Tata na Medal
Jako
studentka pierwszego roku Pedagogiki razem z koleżankami dostałam
zadanie przedstawienia na zajęciach postaci Janusza Korczaka. Ten
wspaniały człowiek, wielki pasjonat i miłośnik dzieci spędził swoje
życie na pomaganiu najmłodszym. Jego dobre serce, siła woli, niezłomna
postawa sprawiły, że obok tej postaci nie można przejść obojętnie.
Wzrastał w bogatej rodzinie, pełnej wygód i luksusów, do
których on nie przywiązywał najmniejszej wagi. Pomimo wysokiej
pozycji społecznej miał przeświadczenie o swojej przeciętności. Wyższe
sfery, zamknięte i hermetyczne grupy, zapatrzone w czubek własnego
nosa, nie były dla niego atrakcyjne. Wolał spędzać czas z uboższymi,
najbardziej potrzebującymi ludźmi, których świat już dawno
skazał na zagładę. W słowniku jego pojęć nie istniały takie słowa jak
pogarda, wyniosłość. Podczas gdy inni z obrzydzeniem odwracali głowy od
osób biednych, opuszczonych, on mocno przytulał ich do swego
serca.
Bohater
tej opowieści nigdy nie narzekał, nie użalał się nad swoim losem, nawet
wtedy, gdy przyszło mu razem z mamą żyć na skraju nędzy, po śmierci
jego ojca. Z godnością zniósł przeciwności życia, ciężko
pracował, by utrzymać swoją mamę, z uśmiechem na ustach przyjmował
obelgi, kąśliwe uwagi. Był człowiekiem niezwykle bystrym i
inteligentnym. Skończył studia medyczne, został lekarzem. I cały czas
jego serce wzruszała ludzka krzywda, szczególnie tych
najbardziej bezbronnych, czyli dzieci. Gdy był już dorosłym mężczyzną,
w dramatycznych okolicznościach odeszła jego ukochana mama. Bardzo
przeżył jej śmierć, a okoliczności, w których zasnęła na wieki,
były źródłem jego cierpień przez wiele lat. Pomimo wewnętrznych
rozterek nie skupiał się na własnych problemach, postanowił poświęcić
się służbie żydowskim sierotom.
Założył Dom Dziecka, i
ze wszystkich sił starał się zapewnić swym małym podopiecznym jak
najlepsze warunki. Każdego malucha traktował z należytym szacunkiem,
otaczał troską, uczył, czym jest dobro, czym jest zło. Dzięki niemu
wielu młodych ludzi uniknęło śmierci głodowej czy bycia w przyszłości
miejskim kloszardem. Wszystkie swoje przyszywane pociechy szczerze
kochał tak, jakby były jego własnymi dziećmi. Nie było w mieście osoby,
która nie wiedziałaby, kim jest Janusz Korczak i jak wiele
dobrego czyni. Miał w sobie niespożyte pokłady energii, a pojawiające
się przeszkody omijał z uśmiechem na ustach. Im bardziej piętrzyły się
przeciwności losu, tym bardziej on wierzył w sukces. Wszystkie dzieci
traktowały go jak ojca, on szczerze odwzajemniał ich uczucia.
Przyszedł
jednak dzień, kiedy nad dziećmi Korczaka zawisły prawdziwie czarne
chmury. Wydano rozkaz likwidacji getta, w którym mieszkali
wychowankowie bohatera. Śmierć okazała się nieunikniona. Wyrok został
wydany na ponad 200 wychowanków. Korczak miał możliwość
ucieczki, jednak, jak prawdziwy ojciec, wziął wszystkie swe dzieci w
ramiona, by ukoić ich strach, gdy będą żegnały się z życiem. Był to
obraz bardzo wzruszający. Mali chłopcy i kilkuletnie dziewczynki
zostali ubrani w odświętne mundurki i pomaszerowali do wagonów
bydlęcych, by odbyć swą ostatnią podróż, a nad ich głowami
powiewał ogromny zielony sztandar, sztandar w kolorze nadziei. Straszne
warunki sanitarne, brak powietrza, smród ciał tych,
którzy odeszli, oto obraz ich podróży. Docierają na
miejsce. Ostatnie minuty życia. Pewnie Korczak się boi, jednak nie daje
po sobie tego poznać, dla siebie zachowuje najgorsze uczucia, przed
wychowankami udaje spokój i opanowanie. Przechodzą przez ten sam
proceder, co setki tysięcy ludzi przed nimi. Wysiadają z pociągu,
wychodzą na rampę gdzie są liczeni, następnie pozbywają się ubrania,
wchodzą do komory gazowej, zdradziecka ręka mordercy odkręca kurek
– egzekucja rozpoczęta. Janusz Korczak przytula do piersi
maleńkie ciało, wydając z ulgą ostatnie tchnienie. Przeczytajcie,
proszę, jak wyobrażam sobie ostatnie dni z życia Janusza Korczaka:
„On kochał, kochał, kochał ... I
gdyby wymienić to słowo 1000 razy, nie objęłoby to ogromu dobroci jego
serca, każda szala ugnie się pod ciężarem jego serca, a żadna skala nie
wyznaczy idei, o które walczył Korczak przez całe swoje życie.
Przedzierał
się codziennie przez gąszcze problemów, dokonywał niemożliwego,
łamał zasady i wszystko inne, co tylko warte było złamania, szedł
twardo, nie oglądając się na innych.
Już
od kołyski obrażany, uznany za dziwaka, chętnie zadziwiał raz po raz
swoich opiekunów, dobierając sobie towarzyszy zabaw troszkę
odmiennych od klasy, w której przyszło mu się urodzić.
Niesamowity zwrot wydarzeń w jego życiu spowodował, że tak, jak jego
kompani z lat dziecinnych, spadł na najniższą drabinę w hierarchii
społecznej. Również dane mu było poznać smak biedy, upokorzenia,
wstydu, lęku o każdy kolejny dzień. Nigdy jednak nie rozwodził się nad
swoim losem, nie załamywał rąk w obliczu nędzy, zawsze w gotowości, tak
jak owego dnia, gdy wraz ze swoimi pociechami trafił na umszlatplac, by
wyjść na spotkanie śmierci. I tu znów nie myślał o sobie, nie on
był najważniejszy, tylko te biedne, wystraszone dzieciaki, które
nie były gotowe do tego, by odejść. Dziecko było dla niego świętością i
skarbem, czymś, kogo należy pielęgnować, kochać, szanować. Mała, krucha
istotka nie jest w stanie przeciwstawić się złu tego świata.
Dziś
możemy sobie jedynie wyobrazić ten widok. Tłumy nieszczęśliwych,
wychudzonych ludzi, matki, przytulające swe pociechy do piersi, setki
twarzy, które wyją wręcz w niemym krzyku rozpaczy. Niczym
bydlęta, ściśnięci jeden obok drugiego, czekają, dopóki los się
nie wypełni. Wchodzą do wagonów, ślepo podporządkują się woli
zła, kroczą na śmierć, niczym baranek na rzeź. Wśród nich nasz
bohater, otoczony maluchami z domu dziecka, swymi przyszywanymi
pociechami, stoi prężnie trzymając, dumnie klatę. Nie myśli o sobie, on
jest nieważny, liczy się jedynie to życie, które ledwo się
rozpoczęło, a już musiało się skończyć. Wiedział, że i jego życie
dobiega kresu, ale odchodzi tak, jak przyszło mu żyć - u boku tych,
przy których warto być - przy dzieciach. Pewnie, jak każdy boi
się, jednak z żelazną konsekwencją trzyma emocje na wodzy, zostawiając
dla siebie strach, rozpacz, lęk przed umieraniem, a uzewnętrzniając dla
swych maluchów jedynie radość i wesele.
Pochód
Żydów niczym kondukt żałobny wtłacza się do bydlęcych
wagonów, bliskość ciał współtowarzyszy niedoli
paraliżuje, wszędzie panuje ciasnota, z czasem unosi się fetor
ludzkich, zmęczonych, spoconych ciał. Podróż trwa kilka dni,
nieszczęśnicy wegetują, usychając z pragnienia i braku pożywienia.
Słychać przeraźliwe jęki konających i widać strach w oczach tych,
którym przyszło patrzeć na agonię braci. I to wszystko widzą te
maleńkie, bezbronne oczęta kilkulatków, wyrwanych z objęć
dziecinnych zabaw i codziennej beztroski. Są zdezorientowane, skonane,
śmierdzą potem, dusząc się w ciasnocie, z trudem łykają strzępki
świeżego powietrza. A wśród nich niezmiennie jest Korczak
– ojciec założyciel ich lepszego życia, protoplasta namiastki
miłości, która kolorami tęczy wymalowała im na tych kilka chwil
wspaniałe wspomnienia. Odrobina uczucia, świeża pościel sprawiały, że
te dzieciaki już opływały w luksusie, a każdy najdrobniejszy gest
uczucia sprawiał, jakby niebo zstąpiło na tych kilka sekund na ziemię.
Z czasem podróżnym zaczyna doskwierać głód, oglądają,
niczym w klatkach filmu jak kolejny rodak żegna się z życiem. Śmierć
nie oszczędza nikogo, w wieczny sen zapadają najpierw najsłabsi –
noworodki, później osoby starsze, aż w końcu śmierć przestaje
wybierać, zbierając swe żniwo minuta po minucie. Podróż dobiega
końca.
Ci,
którym udało się przeżyć, zostają poddani selekcji – jedni
idą do pracy, drudzy – od razu go gazu. Korczak jest w tej
drugiej grupie. I choć miał okazję uciec, wybronić się przed
ostatecznością – zostaje, aż do samego końca. Kroczy wraz z
wychowankami, a nad ich głowami powiewa zielony sztandar, sztandar w
kolorze nadziei. Są już u kresu, zdejmują ubrania, przygotowując się na
odejście. Wśród morza maleńkich główek stoi Korczak, a
twarz jego rozpromieniona, która bez lęku żegna się z życiem, w
ręku ściskając dziecięcą rączkę. Drzwi od komory gazowej zawierają się,
ostatnie promienie słońca muskają twarz Korczaka, zdradziecka ręka
mordercy odkręca kurek - egzekucja rozpoczęta. Ale Korczak nie
protestuje, przytula do piersi maleńką główkę, ostatnie
tchnienie wydając z ulgą ...”
Czytelniku,
zapewne zastanawiasz się, dlaczego zdecydowałam się opisać tę właśnie
postać? Otóż, odpowiedź wcale nie jest skomplikowana. Ten
człowiek jest dla mnie przykładem do naśladowania, ucieleśnieniem
heroizmu, a jego wyjątkowe życie – manifestacją odwagi i miłości.
Choć sam nigdy nie został ojcem w sensie biologicznym, był tatą dla
setek dzieci których los odarł z przywileju posiadania
rodziców, lub których rodzice zapomnieli o obowiązkach,
jakie na nich spoczywają. A przede wszystkim, poszedł na śmierć z
dziećmi tylko dlatego, by nie bały się umierać. Nawet w tą ostatnią
drogę wyruszył wraz z nimi, mimo iż zdawał sobie sprawę, że to
podróż w jedną stronę. Opisałam go również dlatego, że
niedawno byłam na wycieczce w obozie koncentracyjnym, gdzie wraz z
przewodnikiem chodziłam po różnych zakamarkach „fabryki
śmierci”, a z każdym przebytym krokiem próbowałam
wyobrazić sobie koszmar II wojny światowej. Mury tego miejsca skąpane
są morzem łez, wylanych przez tych wszystkich, którzy stracili
tam swoich najbliższych, a obozowe korytarze są niemymi świadkami
ogromu ludzkiego cierpienia, którego nie sposób opisać
żadnymi słowami. Miejsce to skłania do refleksji i zadumy nad
teraźniejszością. Mimo że obozy koncentracyjne są namacalnym dowodem,
jak można skrzywdzić drugiego człowieka i jak wielkim okrucieństwem
jest wojna, na świecie nadal nie ma pokoju. Są takie zakamarki naszego
globu, w których strzały karabinów i armat nie milkną, a
gorzkie łzy starców kobiet i dzieci nikt nie osusza, one dalej
płyną niemym krzykiem wołając o opamiętanie.
Marzeniem
Jana Pawła II było, by wszyscy żyli w spokoju i zgodzie i by takie
środki przymusu jak wojna odeszły już w otchłań zapomnienia. Po jego
śmierci na krótko to pragnienie się spełniło. Na świecie
zapanował pokój i zgoda. Ludzie patrzyli na siebie z miłością i
z szacunkiem odnosili się do bliźnich. Czar prysł jednak tak szybko,
jak się pojawił. Gdy tylko Jan Paweł II został odprowadzony na miejsce
wiecznego spoczynku, wielu ludzi powróciło do dawnych
zwyczajów.
Ja
nie mogę, niestety, sprawić by nie było na świecie wojen, głodu i
cierpienia. Ale mogę co innego. Mianowicie – kochać i szanować
swoich najbliższych i przyjaciół, i dla nich zachować
pokój w sercu. Chciałabym, by tak zrobili również Ci,
którym spodoba się to, co napisałam. To będzie taka mała nagroda
dla Jana Pawła II. A gdy tylko w głowie zakiełkuje mi myśl, by kogoś
skrzywdzić słowem lub czynem, wtedy przypomnę sobie obraz maleńkiego
policzka żydowskiego kilkulatka, po którym płynie gorzka łza i
wtedy z całych sił postaram się nikogo nie zranić. Tego przede
wszystkim życzę sobie i innym.
Dedykuję ten artykuł mojemu tacie w intencji powrotu do zdrowia.
Sylwia Jaworska