Marek Rezler

LWÓW - MIASTO, KTÓREGO TRZEBA I WARTO SIĘ UCZYĆ

Nie pochodzę z Kresów i nie zamierzam się zgrywać na Kresowiaka; jedynie po 1863 roku w wyniku powstania styczniowego, na Wschodzie powstała oddzielna gał±Ľ mej rodziny. Kiedy jednak przed rokiem zaproponowano mi współpracę z poznańskim oddziałem Towarzystwa Miło¶ników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, przystałem na to, choć pocz±tkowo z pewnymi oporami i bez przekonania, bo spraw wschodnich najwyraĽniej „nie czuję”. Potem była audycja studyjna w Telewizji ELSAT, w cyklu „W Labiryncie Historii”, kolejne spotkania, drobne prace na rzecz Towarzystwa – i zdecydowałem się doł±czyć. Ujęła mnie w tej organizacji rzadko dzi¶ spotykana atmosfera, stosunki, panuj±ce pomiędzy osobami niegdy¶ pozbawionymi rodzinnych stron, ogólna, szczera serdeczno¶ć i życzliwo¶ć. Przede wszystkim, kierowała mn± i nadal kieruje ogromna ciekawo¶ć ludzi, ich charakterów, do¶wiadczeń i miejsc, z którymi tak silnie wci±ż s± zwi±zani. Będ±, więc to refleksje osoby, stoj±cej z boku, patrz±cej na te sprawy bardziej rzeczowo i z dystansem - co Koleżanki i Koledzy z Towarzystwa, mam nadzieję, mi wybacz±.

Wielkim do¶wiadczeniem i przygod± był dla mnie wyjazd do Lwowa pomiędzy 27 kwietnia i 1 maja 2008 roku. Dzięki cennemu a życzliwemu sponsoringowi pana dra Romana Dawida Taubera, Rektora Wyższej Szkoły Hotelarstwa i Gastronomii, można było zorganizować wyprawę do dawnej stolicy Małopolski Wschodniej, z darami dla mieszkaj±cych tam Polaków. Jest to akcja charytatywna prowadzona przez Towarzystwo już od wielu lat, serdecznie a z wdzięczno¶ci± przyjmowana przez ludzi żyj±cych za granic± często w naprawdę trudnych warunkach. Dla osób, które jeszcze nie znały Lwowa, zorganizowano grupę, która została oprowadzona po najważniejszych miejscach i obiektach miasta.

Pojechałem głównie po to, by się uczyć. Nieznanych mi dot±d stron i ludzi, porównać swoj± dotychczasow± wiedzę z realiami Kresów, wyprowadzić wnioski. A wszystko odbyło się we wspaniałej atmosferze. Jechali¶my wygodnym autokarem, zamieszkali¶my w hotelu „Georgea” przy placu Adama Mickiewicza (a więc w centrum miasta), przewodniczk± za¶ była przemiła i wielce kompetentna Pani Iza - córka nestora przewodników lwowskich.

Lwów, stare miasto położone na skrzyżowaniu newralgicznych szlaków handlowych, zawsze był nieco kosmopolityczny, matecznikiem wielu kultur, języków i religii. Administracyjnie wchodz±c w skład Korony, od tej strony zawsze był bardziej polski niż Wilno - odwieczna stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego (co prawda, kulturalnie znacznie spolonizowane). Narodowo¶ci licznie zaludniaj±ce Lwów, żyły na ogół zgodnie - aż do 1 listopada 1918 roku, gdy z inicjatywy administracji dogorywajacej monarchii Habsburgów, odrodzono konflikty narodowe i uruchomiono nienawi¶ci, dotychczas ukrywane lub może nawet nie u¶wiadamiane. Od tej strony spokoju nie ma tam do dzi¶, owe niepokoje tl± się podskórnie, podsycane pamięci± krwawego dramatu z lat 1942 - 1948. W niczym to jednak nie zmieni faktu, że w latach 1772 - 1918 Lwów był stolic± Galicji, Małopolski Wschodniej, tchn±ł wielkim ¶wiatem i echem Wiednia - w odróżnieniu od hieratycznego, zapatrzonego w przeszło¶ć, ale też zapyziałego, nieco obskurackiego a klerykalnego Krakowa.

Odruchowo zacz±łem porównywać Lwów z ogl±danym kilka miesięcy wcze¶niej Wilnem. Tam było wypreparowane z miasta zabytkowe centrum, dopięte niemal na ostatni guzik, nastawione na reklamę i chwałę w oczach go¶ci i turystów - i dalekie od bogactwa obrzeża stolicy Litwy. Tutaj, we Lwowie, zgrzebno¶ć widoczna jest niemal na każdym kroku. Gdyby usun±ć samochody i niektóre zewnętrzne elementy naszych czasów, przenie¶liby¶my się w czasy Franciszka Józefa I, ery autonomicznej i w epokę dwudziestolecia międzywojennego. Te same, fascynuj±ce secesj± kamienice, ta sama kostka brukowa (asfaltu nie jest tam wiele), te same stare a monumentalne pałace i gmachy rz±dowe. Te same, charakterystyczne ¶wi±tynie, wieże, dachy i podwórza.

Lwów nie był zniszczony działaniami wojennymi, nie trzeba, więc było odbudowywać miasta. Zatem główna czę¶ć historycznego centrum przetrwała w niewiele zmienionym stanie – tylko z wyraĽnie widocznym zębem czasu. Widać, że przez kilka dziesięcioleci niewiele zrobiono dla zabezpieczenia miejsc i domów, a dzi¶ ogromnie trudno nadrobić powstałe zaległo¶ci. Z zewn±trz jeszcze wszystko jako tako wygl±da, często jednak lepiej nie zagl±dać na podwórka i do starych mieszkań, które najpierw przeszły przez falę realizowania „aktu sprawiedliwo¶ci dziejowej”, a potem nie miał ich, kto remontować i konserwować. Remont i konserwacja wszystkiego od razu, jest dzi¶ niemożliwa, pozostaje bolesny wybór - co się i czyni, ale nierzadko w poł±czeniu z usuwaniem elementów polskich.

Całkowicie za to zmienił się skład ludno¶ci Lwowa. W okresie międzywojennym Polacy stanowili około 3/4 mieszkańców miasta - trzeciego pod względem wielko¶ci (po Warszawie i Łodzi) w Rzeczypospolitej. Dzi¶ jest to zaledwie ponad jeden procent. Inna mowa na ulicach i w lokalach, język polski dominuje tylko w kilku punktach miasta - a i to przeważnie w miejscach, które odwiedzaj± czasowi przybysze z Polski. Nic dziwnego, dochód z turystyki zza Sanu jest ogromnym zastrzykiem dla finansów Lwowa i jego mieszkańców. Zatem raczej nie spotyka się demonstrowania niechęci wobec Polaków - inaczej niż poza miastem, gdzie miejscowa ludno¶ć ukraińska czasem zachowuje się, co najmniej nieufnie, tak, jak nasi mieszkańcy ziem zachodnich i północnych, gdy nagle pojawi się tam przybysz z Niemiec. WyraĽnie jednak Ukraińcy patrz± na nas uważnie, a tu i ówdzie widać przejawy akcentowania ukraińsko¶ci miasta – często w wyj±tkowo nieprzyjemny sposób. Jednym z głównych bohaterów Lwowa jest Stepan Bandera: ma tu swoj± ulicę, pomnik przy ko¶ciele ¶w. Elżbiety, jest patronem politechniki. Jeden z czołowych dowódców UPA, Roman Szuchewycz, osławiony „Taras Czuprynka” patronuje arterii komunikacyjnej i jest bohaterem tablicy pami±tkowej umieszczonej... na ¶cianie szkoły polskiej. W księgarni można zobaczyć reklamę ksi±żki o Ukraińskiej Powstańczej Armii , która powinna być w każdym ukraińskim domu”, a zaraz obok jest mapa, wskazuj±ca zasięg plemion ukraińskich we wczesnym ¶redniowieczu aż po... Prosnę. Wydarzenia z końca 1918 roku (traktowane przez Ukraińców jako powstanie narodowe) akcentowane s±, w odpowiedniej formie, na tablicach pami±tkowych, przy których co pewien czas gromadz± się na swoich masówkach i wiecach wielce tu honorowani weterani UPA. Jedno z takich spotkań na Prospekcie Swobody mogli¶my zobaczyć 28 kwietnia; ujawnienie polskiego pochodzenia mogłoby się tam zakończyć raczej niemile... A uważać trzeba, bo dzisiejsi lwowianie znaj±, a przynajmniej rozumiej± język polski; alergicznie za to reaguj± (inaczej niż starsi i ¶redni wiekiem Litwini) na język rosyjski.

Na bazarach można kupić nawet T-shirty z jednoznacznymi hasłami na ten temat. O „Lachach” raczej bez wyraĽnej potrzeby się nie wspomina, o „Moskalach” - i owszem. Niemal zawsze w pejoratywnym kontek¶cie. Ale i nas, w kwietniu 2008 roku spotykały różne niespodzianki. Już celnik na granicy, po zapoznaniu się z nazw± hotelu, w którym się zatrzymamy, stwierdził sugestywnie: "Bohati ludy, w "Żorż" jidut". No i stali¶my bezczynnie dwie godziny...Nie dostaliby¶my się do wnętrza Kasyna Ziemiańskiego, bez nieformalnej opłaty od osoby, strażnicy za¶ przy Politechnice, na widok zbliżaj±cej się naszej grupy, po¶piesznie przyst±pili do zamykania bramy wjazdowej. W sklepach przyjmowani byli¶my grzecznie i życzliwie, ale przed Cmentarzem Łyczakowskim autobus obskoczyli chłopcy, domagaj±cy się pieniędzy... i rado¶nie klaszcz±cy, gdy kierowca autokaru miał kłopot z wyjazdem z parkingu. Były, więc miejsca i miejsca, ludzie i ludzie.

Znana, a wci±ż gor±ca jest we Lwowie sprawa wydarzeń z przełomu lat 1918 - 1919 i Cmentarza Orl±t Lwowskich na Łyczakowie. Po latach celowej dewastacji i wandalizmu wreszcie w latach dziewięćdziesi±tych ubiegłego wieku pozwolono uporz±dkować i choćby czę¶ciowo zrekonstruować nekropolię – ale równolegle buduj±c, bardzo podobny w formie cmentarz żołnierzy ukraińskich. Tu zagl±daj± niemal głównie Polacy - przede wszystkim ci przybyli z kraju. Między polskie groby na Cmentarzu Łyczakowskim licznie wkroczyły do¶ć charakterystyczne stele - nagrobki notabli ukraińskich, lokatorów zmieniły też niektóre wiekowe grobowce. Powoli zachodzi potrzeba uruchomienia na większ± niż dot±d skalę, akcji ratowania pomników na tej nekropolii. Konserwacji wymagaj± nawet niektóre nagrobki słynnych działaczy polskich, a wzruszaj±cy pomnik nagrobny Artura Grottgera porasta mech; niektóre napisy na nim s± już prawie niewidoczne.

Prawie nic już nie pozostało z charakterystycznej przedwojennej atmosfery Lwowa roz¶piewanego, „luzackiego”, trochę cwaniackiego, czasem szemranego, w specyficzny sposób szarmanckiego - ale i silnego intelektualnie, z mocn± pozycj± wielu nauk, m.in. matematyki, historii, nauk technicznych. Jedynie na Prospekcie Swobody wieczorami skrzykuj± się spontanicznie grupy przypadkowych przechodniów, którzy stoj±c w kole, wcale składnie ¶piewaj± ukraińskie pie¶ni narodowe - patriotyczne, ale nie agresywne nacjonalistycznie. Tu i ówdzie widać też szachistów graj±cych na ławce w parku, otoczonych wianuszkiem kibiców - wył±cznie mężczyzn.

Polsko¶ć Lwowa tkwi w zabytkowej sferze materialnej miasta, lecz już nie w ludno¶ciowej. Dzisiejszy Lwów to miasto, w którym nie wolno mieszać przeszło¶ci z teraĽniejszo¶ci±, o ile nie chcemy stworzyć mieszaniny wybuchowej, która doprowadzi do zniszczenia tych resztek polsko¶ci etnicznej, jakie tam jeszcze pozostały. Smutna też jest inna refleksja: ten sam los nieuchronnie czeka i Towarzystwo Miło¶ników Lwowa i Kresów Południowo - Wschodnich, gdy odejd± ostatni, urodzeni w tamtych stronach. Nadziej± kontynuacji tradycji jest zaangażowanie druhen i druhów ze Zwi±zku Harcerstwa Rzeczypospolitej - ale nie będzie to już ten duch, co obecnie, będzie to bardziej działanie na przekór, próba cofania historii - a nie ważenie stanowisk i krzewienie zgody. Także we Lwowie stopniowo wygasa Polska etniczna, nie ma tam (podobnie zreszt± jak w Wilnie) silnej polskiej inteligencji, która byłaby w stanie zorganizować prężny ruch narodowy.

Działaj± polskie organizacje i towarzystwa, które czyni± wszystko, by podtrzymać nasze tradycje, ale musz± bardzo uważać w obliczu realiów, z którymi maj±, na co dzień do czynienia. Istnieje nawet pewien rozdĽwięk pomiędzy Ukrain± centraln± i wschodni± z Kijowem, nastawion± proeuropejsko i dalek± od nacjonalizmu - a Ukrain± zachodni±, konsekwentnie kultywuj±c± tradycje UPA. Ten tygiel kipi podskórnie, tylko od czasu do czasu widać pojedyncze, do¶ć jednoznaczne sygnały i trzeba bardzo uważać, by para z tego kotła nie wydostała się szerok± fal± na zewn±trz. W tych wła¶nie realiach funkcjonuj± lwowscy Polacy – a członkowie Towarzystwa udzielaj± im wsparcia.

Zrozumiały żal, irytacja, gorycz, tęsknota za utraconymi ziemiami ojczystymi, nie zmieni± twardych realiów czasu. Jedynym rozwi±zaniem w tej sytuacji wydaje się być możliwie szybkie przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej, co otworzy drogę wzajemnym kontaktom i być może, choć trochę zatrze dziel±ce różnice i zaszło¶ci. Nie podział na moje i twoje, lecz ¶wiadomo¶ć, że to jest nasze, może doprowadzić do harmonii. W tej chwili, bowiem mamy do czynienia z koniunkturalizmem politycznym i hipokryzj±, gdy Rosji bez końca (sk±din±d słusznie) wypominamy Katyń i łagry, ale o rzezi wołyńskiej, o potwornych wyczynach banderowców na Kresach Południowo-Wschodnich zachowuje się dyplomatyczne milczenie. A przecież s± to kwestie nieporównywalne. Czy sprawy te kiedy¶ zostan± uregulowane? Z pewno¶ci±. Ale na pewno przełom na przyszło¶ć można widzieć w Unii Europejskiej.

A ja do Lwowa na pewno jeszcze pojadę. Nie raz i nie dwa razy. Tego miasta naprawdę trzeba i warto się uczyć.



Wróć do strony głównej